Człowiek z pudlem pod pachą

Neapol można równie łatwo pokochać, co znienawidzić. Na pewno ciężko pozostać obojętnym w obliczu toczącego się tam życia, swobodnego podejścia do rzeczy materialnych i sprzeczności wyglądających zza każdego niemalże rogu.

Codzienne życie neapolitańczyków jest zaskakujące. Wszędzie suszy się pranie. Walają się śmieci, w tym ogromna ilość kartonów po pizzy, którą jada się na chodnikach, schodach kościołów, siodełkach skuterów i nielicznych ławkach. Kapliczka stoi na kapliczce, demonstrując upodobania  swojego fundatora. Diego Maradona, Ojciec Pio i Poliszynel dostępni są w niemal każdej formie i wymiarze, a różnych rozmiarów szopki bożonarodzeniowe to stały element starego miasta. Można je kupić co najmniej w kilkunastu podobnie wyglądających miejscach, gdzie dostępne są także elementy do samodzielnego skonstruowania stajenki, począwszy od nieodłącznych świadków narodzenia Pana, poprzez niezliczoną ilość zwierząt i dekoracji, aż po maleńkie filiżanki i kieliszki do wina.

Oprócz tego skutery, głównie stare vespy o różnym stopniu degradacji. Tutaj nic się nie marnuje. Skoro maszyna nadal odpala nie ma sensu kupować nowej. Odpadające lusterka i siedziska przykleja się taśmą klejącą do reszty pojazdu. Rdzewiejące elementy zakleja naklejkami albo maluje flamastrem. Uszkodzone części zawsze można wymienić , choćby korzystając z resztek jednośladu sąsiada.

Hałas. Wytwarzany przez ludzi, skutery i wentylatory. Piskliwe dźwięki klaksonów słyszane na każdym zakręcie, głośna wymiana zdań kierowców samochodów, krzyki kobiet, wołających rodziny na obiad i stukot sztućców o talerze, kieliszki i filiżanki.

Zapach. Pizzy, na cienkim cieście z charakterystycznymi bąblami sprawiającymi wrażenie przypalonych. Kawy Kimbo parzonej ze świeżo zmielonych ziaren. Rogalików z nadzieniem pistacjowym. Spalin wydobywających się z rur wydechowych.

Dotyk. Ocierających się o siebie przechodniów. Ciepłego powietrza. Słońca. Zimna i wilgoci z wnętrza kościołów i starych, kamiennych klatek schodowych.

Obrazy. Codzienności. Widziane przez każdego nieco inaczej w zależności od upodobań, doświadczeń i emocji.

Moje obrazy

Różowa vespa

Wypolerowana, błyszcząca w słońcu, w kolorze majtkowego różu. Z przodu naklejka z kościotrupem. Zastanawiam się do kogo należy. Po chwila wsiada na nią mężczyzna, za nim sadowi się kobieta. Między nogami mężczyzny stoi na oko dwuletnie dziecko. W jednej ręce ściska smoczek, drugą trzyma się kierownicy. Słychać dźwięk odpalanego silnika. Rodzina odjeżdża.

fot. Rafał Grabarczyk

Ojciec Pio

Zniekształcony ręką domorosłego artysty portret Świętego w oprawie koszy na śmieci i aktów wandalizmu. Zatrzymuje się przed nim stara kobieta, pobożnie dotyka ręką, rysuje w powietrzu znak krzyża, a potem rzuca papierek po ciastku na ziemię.

fot. Rafał Grabarczyk

Człowiek z pudlem pod pachą    

Rozdzierający powietrze dźwięk klaksona za plecami. Usuwam się z drogi. Kątem oka widzę długie, siwe, rozwiane loki. Stary mężczyzna w czerwonych spodniach i żółtej koszuli mknie na rozklekotanej vespie. Jedną ręką trzyma kierownicę. Drugą podtrzymuje wystającego spod pachy białego pudla.

Pizzeria

Surowe drewniane stoły i krzesła. Cerata w biało czerwoną kratę. Ostre, nieco szpitalne światło. W rogu zawalony papierami, paragonami i kwitami kontuar. Ceramiczny słoń z trąbą do góry. Drewniany Budda z kadzidłem w pępku. Na ścianie, obok portretu Diego Maradony, Ojca Pio i młodej Sophi Loren, krzyż, maska Poliszynela i podkowa na szczęście. Najlepsza pizza pod słońcem.

fot. Rafał Grabarczyk

Piekarnia

Oparty o kamienną kapliczkę skuter. Dziesięć piętnastokilogramowych worków mąki przywiązanych do bagażnika. Pokryty białym pyłem kierowca. Powalający zapach pieczonego chleba.

Street art

Ogromnych rozmiarów młody Diego Maradona na ścianie kamienicy. Graffiti jednego artysty na bramach garażowych, okiennicach i drzwiach w Dzielnicy Hiszpańskiej. Niezliczone kapliczki. Mniejsze i większe. Każda inna. Ze zdjęciami zmarłych, sztucznymi kwiatami, figurkami świętych, czaszkami i kościotrupami. Mniej i bardziej udane portrety Poliszynela.

fot. Rafał Grabarczyk

fot. Rafał Grabarczyk

fot. Rafał Grabarczyk

Ludzie

Nie mogę otworzyć mapy. Spada mi torebka. Schylając się po nią wylewam na siebie kawę. Gdy podnoszę wzrok stoją przy mnie dwie kobiety i mężczyzna. Kobiety w pośpiechu wycierają mi ręce i sukienkę. Rozumiem co któreś słowo: kawa, kochana, mokra. Ewidentnie mówią o mnie, uśmiechając się szeroko. Mężczyzna wyciąga rękę po wydrukowane z bookingu potwierdzenie rezerwacji. Tłumaczy coś na migi. Wszyscy troje gestykulują żywo i prowadzą mnie na miejsce.

fot. Rafał Grabarczyk

fot. Rafał Grabarczyk

fot. Rafał Grabarczyk