„Ćwir, ćwir, ćwir,… świr”

„Andrzej Kot Psot z Lublina to takie zwierzę, żyje na Grodzkiej, a mnoży się na papierze”.

Z Kotem było zabawnie. Trochę mistycznie i przekornie zarazem. Można powiedzieć, że się przybłąkał. Ale nie tak przypadkowo, z braku innych opcji, ale zupełnie świadomie. Celowo. 2wilki wyły nam już wtedy w duszy bez przerwy. Był pomysł. Byli właściwi ludzie na właściwym miejscu. Było iskrzenie. Nie było natomiast symbolu graficznego, z którym moglibyśmy się, bez przeszkód, identyfikować. Żaden logotyp nie pasował. Nie przylegał. Każdy w jakiś pokrętny sposób odstawał i chyba wszyscy to czuliśmy. W przypływie zniechęcenia wpisałam w wyszukiwarkę internetową: ex libris dwa wilki i znalazłam… koty. Czarne. Tłuste od drukarskiej farby, cudownie ironiczne, czasem złośliwe. Idealne.

Od trzech miesięcy krążył już wtedy po Polsce album „OT KOT – Andrzej Kot” Jarosława Koziary, ale dla mnie był odkryciem, dostępnym w zasadzie tylko poprzez stronę internetową wydawnictwa i w kilku zaprzyjaźnionych z emotikon_kotautorem księgarniach. Chwilę potem pojawił się na targach książki w Warszawie. Zachorowałam. Poważnie. Na książkę, na Kota, na ekslibrisy. I wtedy do Wrocławia przyjechał Koziara. Zamienił, na jakiś czas, ulicę Szajnochy w ulicę Lubelską, a przy okazji zasiedział się trochę w Księgarni Hiszpańskiej. Nie sam. Z monografią Kota, z filmem „Alfabet Kota” i opowieściami o człowieku, który nie liczył się z realiami życia, bo był wierny powołaniu twórczemu, aż do szeroko pojętej autodestrukcji. Umówiliśmy się w Lublinie na szperanie w wydrukach sygnowanych ręką grafika, rysownika i kaligrafa w jednym. Przede wszystkim samouka, zakochanego w sztuce czcionkarstwa i typografii. Nie dotarłam. Tak wyszło, że zamiast wschodniej Polski były czeskie Morawy. Nie żałuję. Bo mam na co czekać. W między czasie wciąż wracam do własnego egzemplarza typograficznych rozważań Andrzeja Kota. Mojego prezentu urodzinowego. Źródła inspiracji. Kroniki dziwnego przypadku artysty, cierpiącego na schizofrenię, ale traktującego chorobę z dystansem. Nie posiadającego praktycznie żadnych dóbr materialnych, ale dzielącego się dorobkiem artystycznym z każdym, kto stanął na jego drodze. Bardzo płodnego, ale „trwoniącego” majątek intelektualny po całym kraju i za granicą. Płynnie mówiącego wierszem, ale nie prowadzącego żadnej ewidencji swoich artystycznych poczynań.

Czuję się uboga wobec takich ludzi, bo mają wszystko, nie mając praktycznie nic. Jakaś mała, nie do końca uformowana, niedokończona. Czuję się biedna bez takich ludzi wokół siebie, a jednocześnie zawstydzona swoim „chceniem”, bez którego spokojnie można żyć. Zbieraniem, gromadzeniem, zagarnianiem. Dla siebie i pod siebie. Zupełnie po nic. Rzeczami, z których boję się zrezygnować z obawy przed nieistnieniem, byciem niewidzialną. A może to właśnie w tej przezroczystości siedzi siła, o której niewielu z nas ma szansę się przekonać? Może jest wprost przeciwnie: powinniśmy chcieć więcej od życia, by nie stać w miejscu i ciągle być w drodze? Tylko gdzie leży  granica pomiędzy całkowitym odrzuceniem zewnętrznego świata, a nieludzkim uprzedmiotowieniem rzeczywistości?

Andrzej Kot zmarł 17 lutego 2015 roku w międzynarodowy Dzień Kota. Dowcipniś. Zakpił nawet z własnej śmierci, jakby i to nie miało znaczenia, nie wymagało od niego powagi. Nieźle, jak na artystę, dzielącego życie pomiędzy skromną kwaterę a szpital psychiatryczny. Nieźle, jak na człowieka w ogóle – umieć szczerze śmiać się z samego siebie, puścić oko do własnych ograniczeń.

Sprawa wyjazdu do Lublina znowu ożyła. Uwiera, więc pewnie w końcu dojdzie do skutku. Boję się tego spotkania. Bo w głębi duszy zależy mi na mieście sprzed dwudziestu lat, takim, jaki widziałam w filmie „Alfabet Kota”, ale takiego Lublina już nie ma. Grodzka nie jest już tą samą ulicą. Szablony, które tworzył artysta, na ścianach kamienic, pewnie już wyblakły albo skruszyły się z tynkiem. Pobliskie sklepy zmieniły właścicieli i ekspedientów, a ci wymieniają, przeznaczone na „papieroski”, pięć złotych na jakiś, mniej lub bardziej zbędny, towar i nie dostają w zamian „druczków” Kota.

Pewnie przemawia przeze mnie egoizm, jakaś chęć zatrzymania biegu czasu w imię gromadzenia wspomnień, spotkań z ludźmi, których już nie ma, miejsc, w których bywali. Może trzeba powiedzieć sobie: dość! I dać im prawo do bycia zapomnianym? Może „budujemy pomniki” nie dla nich, nie dla przyszłych pokoleń, a dla siebie samych? Nie potrafimy uznać istnienia świata bez tych, którzy go dla nas zmienili? My. Sieroty po ludziach wielkich.

***

Album „OT KOT – Andrzej Kot” Jarosława Koziary można obejrzeć na stronie internetowej Wydawnictwa TARARARA.

O Andrzeju Kocie również w tekście Kocie ścieżki”.

tekst: Karolina Grabarczyk
okładka: Rafał Grabarczyk z wykorzystaniem alfabetu Andrzeja Kota