Magiczny świat Putka

Prywatna szkoła podstawowa, Fundacji Elementarz, w Katowicach tonie w zieleni Parku Zadole i Lasów Panewnickich. Wyglądem nie wyróżnia się niczym szczególnym. Szare mury, płaski dach i dwa rzędy równo rozmieszczonych okien. Proste, podparte słupkami, zadaszenie nad wejściem dopełnia surowy wygląd budynku. Wystrój wnętrza, malowana farbą olejną lamperia i kwadratowe płytki na podłodze, przywołuje wspomnienia, o zapachu pasty BHP, z lat szkolnych.

Nic nie zapowiada podróży w czasie, którą za chwilę odbędziemy. Może tylko delikatny dreszcz emocji, przebiegający, ukradkiem, wzdłuż kręgosłupa, gdy Andrzej Putowski prowadzi nas do miejsca o niepowtarzalnym klimacie krain odległych, w którym każdy przedmiot ma duszę i swoją historię. A książki kryją w sobie wiele tajemnic.

Andrzej Putowski: „Po prostu Putek. Nikt, od dawna, nie zwraca się do mnie po imieniu”.

Brama do innej rzeczywistości wygląda niepozornie. Do złudzenia przypomina zwykłe drzwi do sali lekcyjnej.

Putek: Docelowo wejście będzie prowadziło przez starą szafę, podobnie jak przejście do Narnii”.

W środku panuje półmrok. Migoczące światło świec rzuca na ściany tańczące cienie. Pomieszczenie wypełnia dźwięk trzeszczącej winylowej płyty o jazzowym brzmieniu. W powietrzu unosi się charakterystyczny korzenno-słodki zapach. 221B Baker Street. Pokój wspólny Gryffindoru. Cmentarz Zapomnianych Książek przy Arc del Teatre w Barcelonie. Shakespeare and Company przy Rue de la Bûcherie w Paryżu. Widziane kiedyś obrazy przecinają mózg, tworząc mapę literackich miejsc, podobnych do tego. Dopiero po chwili dostrzegam więc szczupłą kobietę o płowych włosach, trzymającą w dłoniach porcelanowy dzbanek.

Putek: „Dziękuję Sybillo, moi goście na pewno chętnie napiją się kawy, prawda? Proszę, wybierzcie sobie filiżanki, mam tutaj przedwojenny Ćmielów, Bawarię i starego Rosenthala”.

Decyduję się na Ćmielów, tak cienki, że niemal przezroczysty. Rafał idzie w moje ślady. Na chwilę odkleja aparat fotograficzny od twarzy, by wypić łyk parującego płynu, po czym znika za półką z książkami. Uśmiecham się do dziewiętnastowiecznych zdjęć, rodem z „Wiśniowego sadu” Czechowa, zajmując miejsce w „fotelu cioci Talii”. Wciskam plecy w oparcie siedzenia  i odchylam głowę do tyłu, by ogarnąć wzrokiem całe pomieszczenie. Sięgam po filiżankę z kawą, w chwili, gdy Putek zaczyna swoją opowieść.

Putek: „Stare fotografie mają dla mnie szczególne znaczenie, zwłaszcza te, bo są na nich członkowie mojej rodziny: pradziadek Piotr, z flintą, na polowaniu w Bobrownikach, dom Podstawskich w Będzinie, ciocia Tala z kuzynami i brat dziadka – dyrektor Huty Chorzowskiej. Mam sporo rycin przedstawiających zakład w tamtych czasach. Zresztą, wiele ze znajdujących się tu przedmiotów, to pamiątki rodzinne. Chociażby kolekcja pudełek od zapałek, z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku, mojego taty czy zbiór, zdobytych  przez niego,  jadłospisów z restauracji w całej Polsce. Tata kolekcjonuje wszystko. Niektóre z tych rzeczy mogą wydawać się mało atrakcyjne, ale są i takie, które mają wartość nie tylko sentymentalną. Dawno temu znalazłem w starym kufrze, zawinięte w serwetkę, pióro Waterman, wyprodukowane w 1903 roku, ze złotą stalówką, na której wciąż widać napis „New York nr 2”. Należało do pradziadka ojca. Przywiózł je jako jedną z niewielu pamiątek z Ameryki, gdzie budował wieżowce na Manhattanie”.

Wszystko tutaj spowite jest mgłą przeszłości. Każdy przedmiot ma swoją historię. Moją uwagę zwraca jednak wiekowa, wisząca na ścianie, szafka z szybkami. Podchodzę do niej nieśpiesznie jak do tajemnicy. Delikatnie dotykam uchwytu i szybko cofam dłoń, z obawy, że zniknie.

Putek: „Przechowuję w niej zabytkowe książki, część moich prywatnych zbiorów. Niektóre kupiłem w antykwariacie w Krakowie, inne dostałem w prezencie, a jeszcze inne w spadku jako pamiątki rodzinne, przekazywane z pokolenia na pokolenie. Książki, szczególnie te stare, zawsze mnie pociągały. Są dla mnie nie tylko zasobem tajemniczych światów, które zawierają i opisują, ale także pięknymi przedmiotami, mającymi swój zapach, historię i estetykę. Najstarsza, wydana za życia ostatniego króla polskiego Stanisława Poniatowskiego przez, zaprzysiężonego w szkole paryskiej, drukarza jego królewskiej mości Pierre’a Dufour, książka w mojej kolekcji to trzeci tom dykcyjonarza geograficznego z 1782 roku. Znalazł ją, na warszawskim śmietniku, mój przyjaciel – Andrzej Kozłowski – hollywoodzki reżyser”.

Cennych, historycznie, przedmiotów jest w klubie czytelniczym Putka o wiele więcej. Srebrna zastawa stołowa wisi na ścianie obok afrykańskich masek plemiennych. Huculska sztuka użytkowa sąsiaduje z AK-owskim orzełkiem i plakietką z Powstania Śląskiego. Dawne magiczne kule, do przyciskania papieru, leżą na robionej na szydełku serwecie, przykrywającej staromodny stolik. Półki uginają się od roczników „Przekroju”, literatury naukowej, książek dla dzieci, figurek i pozytywek. Jest także miejsce na własną twórczość malarską. Mroczne obrazy Putka oraz pejzaże i autoportrety jego ojca  Janusza Putowskiego dodają przestrzeni oryginalnego charakteru.

Putek:  Mam świadomość, że panuje tu, ocierająca się o kicz, poetyka przesady, ale taki wystrój podoba się dzieciom. Przychodzą do mnie na każdej przerwie, piszą na maszynie do pisania, maczają obsadkę w kałamarzu i ćwiczą kaligrafię albo kładą się na poduszkach, na przemian otwierając i zamykając szufladki w chińskiej szafce aptecznej. To żywioł nie do opanowania. Wszystko muszą wziąć do ręki, poznać empirycznie, a ja im tego nie zabraniam. Dlaczego miałbym to robić? Przecież to miejsce powstało dla nich, choć przyznaję, że sam czuję się tutaj bardzo dobrze”.

Jeszcze dwa lata temu uczniowie nie mieli szkolnej biblioteki. Na pierwszym piętrze budynku było za to pomieszczenie, przeznaczone na magazyn książek, należących do Fundacji Elementarz Marii Lorek. Putek uległ wreszcie namowom kolegów, by stworzyć klub czytelnika, odbiegający od definicji  tradycyjnej wypożyczalni lektur. W  wakacje 2015 roku zaczął więc znosić księgozbiór do byłej sali lekcyjnej na parterze i układać w dwie pryzmy pod oknami.

Putek: Byłem już wtedy zatrudniony jako bibliotekarz, ale klub czytelnika został otwarty dopiero we wrześniu 2016 roku. Trzynaście miesięcy zajęło mi przygotowanie przestrzeni na przyjęcie dzieci. Chciałem stworzyć magiczny świat od podstaw, robiłem więc wszystko samodzielnie, łącznie z gromadzeniem i restaurowaniem, znajdujących się tu mebli…”

Zapada cisza. Z zadumy wyrywa nas, dobiegający z korytarza, dźwięk, przywiezionego z Amsterdamu, ręcznego dzwonka, który ogłasza koniec lekcji. Dla nas to sygnał, by wrócić do rzeczywistości.

Putek: „Pozwolicie, że włączę, na pożegnanie, moją ulubioną ścieżkę dźwiękową z filmu Louisa Malle`a  „Windą na szafot””?

Stara winylowa płyta zaczyna kręcić się wokół własnej osi, wydobywając z siebie trzeszczące jazzowe  dźwięki. Zamykamy za sobą drzwi w chwili, gdy w improwizacji Milesa Davisa pojawia się  charakterystyczna chropowatość, szlachetna rdza.

Fundacja Elementarz – powstała w 1992 roku. Obecnie prowadzi trzy żłobki, dwadzieścia cztery szkoły podstawowe, dwa gimnazja i jedną szkołę muzyczną I stopnia, w siedemnastu gminach, na terenie sześciu województw: dolnośląskiego, śląskiego, małopolskiego, podkarpackiego, lubelskiego i łódzkiego. Poza edukacją dzieci zajmuje się również kształceniem dorosłych. Promuje koncepcję turystyki edukacyjnej oraz prowadzi wydawnictwo Elementarz, specjalizujące się w wydawaniu podręczników dla uczniów oraz książek dla nauczycieli.

zdjęcia: Rafał Grabarczyk

UdostępnijShare on FacebookGoogle+Pin on PinterestTweet about this on Twitter